Jest jeszcze tak wcześnie, że miasto ledwie przeciera oczy. Ty już siedzisz na swoim TTGO C3 PRO.
Skręcasz w ulicę Starówki. 28‑calowe koła toczą się po mokrym bruku z zaskakującą łagodnością – tam, gdzie zwykły rower trzęsie, ty płyniesz. Każdy nierówny kamień zdaje się wygładzać pod szerokimi oponami. Powietrze pachnie świeżością, a twoja sukienka ledwie muska ramę.
Nie spieszysz się. Nie musisz. Silnik szepcze, nie krzyczy. Docierasz do małej kawiarni, gdzie witasz się z barmanką, która już zna twój rower. Parkujesz go pod oknem – czarny, elegancki, wschodzące słońce odbija się w lakierze.
Bo ten rower nie jest od walki z korkami. On jest od odzyskiwania poranków.
Z kawą w dłoni, oparta o szybę, patrzysz, jak C3 PRO czeka na ciebie cierpliwie. I myślisz: dlaczego nie robiłam tego wcześniej każdego dnia?
— Napędza cię 250W, ale w takich chwilach liczysz się tylko ty i cisza.




